|
SPIS UTWORÓW
JACEK KACZMARSKI W PIOSENCE, WEDŁUG PROJEKTU WŁODZIMIERZA WYSOCKIEGO - "CZOŁG"
ZE WSTĘPU DO PRZEKŁADU PIEŚNI
MICHAŁ B. JAGIEŁŁO: Żył 42 lata. Był czołowym aktorem Teatru na Tagance. Śpiewać zaczął w latach 60-tych. Występował na Zachodzie, tam też ukazała się większość jego płyt. Jeszcze za życia otoczyła go aura plotek, niedomówień i legend. Pisał dużo i szybko, szybko też zdobył niesłychaną popularność. Stał się wyrazicielem dążeń swojego pokolenia- ludzi, których dzieciństwo przypadło na lata wojny i ciężki okres powojenny, zaś młodość na końcowe lata stalinizmu. Kult jednostki nie mógł niezostawić śladów w psychice społeczeństwa. System życiowych wartości musiał ulec wypaczeniu. Walka ze swoistym odczłowieczeniem społeczeństwa stała się naturalną konsekwencją rozliczania okresu "błędów i wypaczeń". Być może tu właśnie ma źródło moralny program Wysockiego, konsekwentnie wyrażany w jego pięśniach, zwłaszcza że nigdy nie unikał tzw. drażliwych tematów i chętnie sięgał do wątków stalinowskich. Jednostka - bohater Wysockiego - niemal zawsze znajduje się w sytuacji ekstre- malnej, krańcowej, ujawniającej uczucia i postawy w sposób pełnowymiarowy. Czasem jest to wojna czasem dramatyczne chwile z życia codziennego, kiedy indziej znów sytuacja w której trzeba bronić jakieś cząstki swego niezależnego ja. Stale jednak występuje wspólny motyw-motyw walki. Proste prawdy pozostałyby tylko słowami, gdyby nie osobowość, tempe- rament i głos Wysoc- kiego. O podstawo- wych kwestiach ludzkiej egzystencji pisano wiersze, powieści, kazania, dyskuyowano o nich, i była to tylko literatura, zbiór odległych postulatów moralnych. Nikt nie wykrzykiwał ich jednak z estrady-tak głośno, rozpaczliwie, wprost w uszy i serca U Wysockiego nie ma miejsca na uczucia połowiczne, nijakie, mdłe. Nie ma rezyg- nacji, bierności, kapitulanctwa. Wie- niamin Smiechow, jeden z aktorów Taganki napisał:"W jego pieśniach zawarty jest ładunek jakiejś nie dającej się racjonalnie określić witaminy. Mężczyzną każe ona być mężczyznami, kobietom, dzieciom, młodym, starym dodaje wiary w życie i budzi w nich konieczność bycia uczciwym do końca". Nieprawdopodobna popularność Wysoc- kiego zaczęła budzić podejrzenia i niechęć decydentów. Niepo- kojąco brzmiały też niektóre pieśni. Jeżeli coś go zirytowało, rozgniewało-pisał piosenkę. Rosła liczba obrażonych. "Wołodia", bo tak go nazywały miliony wielbicieli, był nie- obecny w wytwór- niach płytowych, w wydawnictwach, z filmów wycinano jego piosenki. Do tego dochodziła zwykła ludzka zawiść i coraz poważniejsze kłopoty ze zdrowiem. Zagęszczająca się atmosfera znajdo- wała wyraz w pieś- niach-wyraz tym pełniejszy, że Wysocki bardzo szybko rozwijał się jako poeta. Walka ze złem stawała się sprawą o wiele bardziej skompliko- waną niż kiedyś. Przybywało wrogów, ubywało sił. W pieśniach nie pojawia się motyw zwycię- stwa. Zwycięstwo w tej walce jest proble- matyczne-to raczej chwilowy brak klęski, odsunięcie jej na jakiś czas. "Polowa- nia na wilki", które znakomicie oddaje nastrój rozpaczliwe- go zrywu osaczonej jednostki, kończy się jeszcze powodze- niem-wilk wyrywa się za linię flandr, zachowuje życie i wolność, ale polowa- nie trwa nadal... Wysocki-aktor-niemal zawsze utożsamia się ze swoimi bohaterami bądź też jest z nimi utożsamiany przez odbiorcę. Wcielał się w setki postaci, był żołnierzem, kierowcą, lotnikiem, złodziejem, wilkiem, samocho- dem, zabijanym ła- będziem, maryna- rzem, sportowcem, archeologiem... Życie każdej z tych postaci przeżywał naprawdę. Fantastycznie opero- wał głosem, intonacją wymową, akcento- waniem spółgłosek... Wszystko to powodo- wało, że jego pieśni brzmiały absolutnie prawdziwie i przeko- nująco. Słuchaczom przywykłym do estra- dowego bełkotu i miz- drzących się artystów zwyczajnie i po ludzku śpiewał o ich własnym życiu, o tym jakie ono jest i jakie być powinno. Przypominał o przy- jaźni, wierności, ucz- ciwości. Nie bał się wielkich słów i nie wstydził się ich. Śpie- wał z zapierającą dech prostotą. Jego przesłanie zrozumiały miliony ludzi-i uznały Wysockiego za swojego przyjaciela! |
TEKSTY![]() KONIE Wzdłuż urwiska, samym skrajem, tam gdzie przepaść się wyłania, Swoje konie w dal poganiam - i nahajem, i wołaniem. Brak mi tchu i chciwie wchłaniam mgłę i wicher nad otchłanią. Czuję, że się zachłysnąłem: głąb mnie wciąga, oszałamia. Trochę wolniej, wolniej konie! Trochę wolniej by tak. Nie zważajcie na świszczący bat. Ach, co za konie narowiste, nie słuchają mnie... Człowiek żyć jeszcze chce, Jeszcze śpiewałby rad... Jeszcze sił trochę mam, Jeszcze pić koniom dam. I dośpiewam swą pieśń, Skoro tu jeszcze trwam. Runę w dół, gdy mnie huragan niby puszek zdmuchnie z dłoni. I powloką mnie galopem w szary świt po sniegu w saniach. Jeszcze trochę dajcie pożyć, o, nie gnajcie, moje konie! Czemu tak szalonym pędem do ostatniej biec przystani? Trochę wolniej, wolniej konie! Trochę wolniej by tak. Waszym panem nie jest knut ani bat. Ach, co za konie narowiste, nie słuchają mnie... Człowiek żyć jeszcze chce, jeszcze śpiewałbym rad...itd. Więc to tu: do Boga w gości zawsze w porę się przychodzi. Tylko czemu śpiew aniołów tak boleśnie serce rani mi? Czy to czasem nie dzwoneczek lamentuje i zawodzi? Albo ja na konie krzyczę, żeby tak nie rwały z sańmi! Trochę wolniej, wolniej konie! Trochę wolniej, naturze wbrew. Czy ponosi was szał czy zła krew?! No, co za konie narowiste, słów po prostu brak... Skoro żyć nie ma jak, niechaj trwa bodaj śpiew... Jeszcze sił trochę mam...itd. Przełożył Józef Waczków CIEMNOŚĆ Z przodu ciemność - poczekaj na dzień, Z przodu krwawe zachody jak ściana, Deszcz zacina i wiatr w oczy dmie I zła droga, i droga splątana. Słowo obco tam brzmi, Straszne wieści i sny, Tam spotkania, do których niespieszno ci, Nawet trawa spalona na pył, Nie wiadomo, kto wcześniej tam był - w mroku złym. Tam zobaczysz czyś mięczak czy chwat, Gdy wiatr wściekły mgłą targa w porywach, Przeciw sobie masz siebie i świat - Serce słabnie i rytm swój przerywa. Słowo obco tam brzmi, Straszne wieści i sny Tam spotkania, do których niespiesno ci, Nawet trawa spalona na pył, Nie wiadomo, kto wcześniej tam był - w mroku złym. Tam fałszywe są barwa i głos. Lecz ja dzisiaj wybierać nie mogę, Tam, z ciemności, przyzywa mnie los, Żegnam was - ruszam w drogę! Słowo obco tam brzmi, Straszne wieści i sny, Tam spotkania, do których niespieszno ci, Nawet trawa spalona na pył, Nie wiadomo, kto wcześniej tam był - w mroku złym. Przełożył Bogósław Wróblewski Rosyjskie kopuły Czego mi w tej trudnej chwili będzie trzeba? Niczym błoto, wiatr się staje lepki, grząski. Co usłyszę? Co zobaczę? Co zaśpiewam? Ptak baśniowy mi proroczą śpiewa piosnkę. To ptak Sirin coś radośnie nuci w locie, Woła do mnie z dalekich swych gniazd. To Alkonost ciągle dręczy mnie w tęsknocie, Mojej duszy struny szarpiąc raz po raz. Jak przedziwny losu znak, Lśni księżyców siedmiu blask, To Gamajun - wieszczy ptak - Nadzieją karmi nas! Krzyż z dzwonnicy ostrzem złotym przeszył chmury, I zabrzmiały jak szalone dzwonów chóry, Może szał, a może smutek śpiew ich wzmógł... Czystym złotem się w Rosji pokrywa kopuły, Żeby częściej dostrzegał je Bóg. Oto stoję, niczym przed zagadką wieczną, Przed ogromnym krajem, jakby z baśni rodem - To spowitym śnieżną szatą, to słonecznym, To ubogim, to płynącym mlekiem, miodem. I choć koń się zachłysnął i parska, Uwiązł w błocie, brakuje mu tchu, Wciąż mnie wlecze przez senne mocarstwo, Co nie może się wyrwać ze snu. Jak tajemny losu znak, Siedem strun zaczęło grać. To Gamajun - wieszczy ptak - W nadziei każe trwać! Duszę ranną po tylu utratach i stratach, Co bliznami obrosła przez lata, Gdy zrozumiem, że smutek ją zmógł, Zaceruję i nićmi złotymi załatam, Żeby częściej dostrzegał mnie Bóg! Przełożyła Marlena Zimna W górach Tu każdy swój szczyt odnajdzie wśród chmur, kamienne potoki spływają tu z gór, tu krok nieostrożny i już lecisz w przepaść jak głaz i można niejeden obejść próg, lecz nam się zachciewa trudnych dróg jak marszu w pierwszej linii w wojny czas... Kto z losem tu mógł za bary się brać ten wie, co jest wart, ten wie, na co go stać, bo choćbyś tam w dole odwagi miał w sobie za stu, na dole tam nie znajdziesz, nie, przez całe szczęśliwe życie swe ni jednej dziesiątej tych trudów, tych cudów, co tu! Wśród kwiatów i wstąg nie będą cię nieść, z gładkości drwi nagrobnych rzeźb ten kamień, co spokój wieczysty być może ci da i tylko jak znicz, coświt, co świt zapłonie dla ciebie w słońcu szczyt, któregoś nie zdobył i który zwycięsko wciąż trwa. I niech mówią i niech kraczą niech, świat w marszu pożegnać mniejszy grzech, niż sadłem sę w miękkim piernacie zadławić wśród snu, a znajdą się i tak i tak ci, którzy twój podejmą szlak i dojdą do celu i w piersiach nie braknie im tchu. A wisząc u pionowych ścian na traf szczęśliwy nie licz tam, prezentów od losu nie zyskasz tu ty, ni twój druh, licz tylko na swe ręce dwie, na dłoń przyjaciela i módl się, by była łaskawa wam lina wiążąca was dwóch. I stopnie rób i wytęż wzrok i cofać nie próbuj się nawet o krok, a w chwili zwycięstwa, gdy serce rozśpiewa się zbyt, zachłyśnij się radością swą nim zaczniesz zazdrościć temu, co zaczyna marsz i niezdobyty przed sobą ma szczyt... Przełożył Wojciech Młynarski MOSKWA ODESSA Raz który lecę z Moskwy do Odessy i znowu, psiakrew, odwołują lot, wynika to ze słów jej wysokości stewardessy majestatycznej jak Aerofłot. Kolejny komunikat zabrzmiał znów, że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere, przyjmuje Kijów, Kiszyniów i Lwów, a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę? Radzili mi - pod inne leć adresy i nie licz bracie, że się stanie cud i co też ci odbiło? Komunikat był z Odessy, że mgła i na startowych pasach lód. A w Leningradzie pełna odwilż już, no a na przykład w takim Tbilisi ląduje się wśród pól kwitnących róż, a ja tam nie chcę, mnie ten adres wisi! Już słyszę - do Rostowa odlatują, a ja tak pragnę być w Odessie mej, mnie ciągnie właśnie tam, gdzie od trzech dni już nie przyjmują, mnie korci taki zakazany rejs! Ja muszę, gdzie zawała śnieżna fest, gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren, gdzie indziej jasno i przytulnie jest, a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę? Stąd mnie nie wypuszczają, tam znowu nie wpuszczają, przygnębia mnie mieszanych uczuć splot, uśmiechy stewardessy coraz mniej mnie pocieszają, majestatycznej jak Aerofłot! Przyjmuje ziemi mej najdalszy kąt, gdzie jak polecę jeszcze mi dopłacą, przyjmuje Wastok, czort nie port i Paryż, a ja nie chcę, mnie tam na co? Ja wierzę, rozpogodzi się, silniki znów zagrają, już słyszę ja i serce w gardle mam, znów siedzę jak na szpilkach, a nuż znowu odwołają, znów znajdą mnóstwo przyczyn, ja ich znam! Ja muszę jak najszybciej być tam, gdzie mróz siarczysty hula po kolędzie, przyjmuje Londyn, Delhi, Magadan, pryzmują wszędzie, a ja nie chcę wszędzie! Daremnie gaszę smutek, co w serce mi się wessał, w to serce, co powinno bić jak młot, od rana rejs odkłada stewardessa - miss Odessa, majestatyczna jak Aerofłot... A pasażerom nawet nie drgnie brew, pokornie na walizkach spać próbują, dojada mi to wszystko, ech! psiakrew, mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują... Przełożył Wojciech Młynarski Łaźnia na biało Rozpal piec i nie żałuj ogniowi drew, niech z kamieni rozejdzie się żar, niechaj para wytopi mój żal i gniew, i ten mróz, który w ciało się wżarł. Powspominam po prostu minione dni, zimnej wody zaczerpnę na dłoń i tatuaż z lat kultu jednostki mi tu, na piersi, nabiegnie znów krwią. Ile łagrów i kopalń poznałem tam, ile lasu tam padło, i nas... Popatrz - profil Stalina pod sercem mam, a tu, z prawej - Marinka en face. Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś, niech gorącym owioną mnie tchem, może wtedy przez gardło mi zdoła przejść, co widziałem, przeżyłem i wiem... Za niewinność, za wiarę w ten cały raj rajskie życie zgotował mi sąd; tajgę, tundrę i step po najdalszy skraj przemierzyłem wśród śniegów i błot. Przyszli rankiem dlaczego, czort jeden wie. Próżno matka błagała, i brat i powieźli z Syberii na Sybir mnie okrągłych dwadzieścia pięć lat. Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś, niech gorącym owioną mnie tchem, może wtedy przez gardło mi zdoła przejść, co widziałem, przeżyłem i wiem... Potem w smrodzie baraków niejedną noc w skórę znaną wkłuwaliśmy twarz, tuż przy sercach, by słyszał ich gniewny głos - że wciąż biją, że jeszcze są w nas. Zostaw piec, bo gorąco wyciska łzy, nie polewaj kamieni - już dość, rozkrochmale się w cieple za bardzo i niepotrzebnie opowiem ci coś... Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś, niech gorącym owioną mnie tchem, może wtedy przez gardło mi zdoła przejść, co widziałem, przeżyłem i wiem... Od tych wspomnień na nowo ogarnia lęk, myśl się tłucze o czaszkę jak ćma - niech więc para gorąca spowije mnie i wypali koszmary do cna. Tylko z NIM mnie do śmierci połączył los, tatuażu nie zmyje już nic, ot, miotełką brzozową w znajomy wąs mogę sobie najwyżej go bić... Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś, niech gorącym owioną mnie tchem, może wtedy przez gardło mi zdoła przejść, co widziałem, przeżyłem i wiem... Przełożył Michał B. Jagiełło Smugą białej piany... Smugą białej piany znacząc oceany, od portu do portu przemierzały świat, huraganem gnane, sztormem wysmagane dwie dumne jednostki, piękne statki dwa. Ona - śnieżnobiała, smukła i wspaniała, zachwycała swoim widokiem, on - oceaniczny, arystokratyczny, czarne burty nosił jak smoking. I gdybyż kiedyś przeszło mu przez myśl, jak bardzo pragnie paść w jego ramiona, jak bardzo chce z nim burta w burtę iść fregata zakochana i stęskniona! Pływa nieszczęśliwa, miłość swą ukrywa, tylko mewom zwierza się z marzeń, że w cichej przystani obok niego stanie i na zawsz e będą już razem. Ach, gdybyż się domyślił dumny lord, jak goni go fregata zrozpaczona, jak szuka portu, gdzie zawijał on, i płacze, znów o jeden dzień spóźniona! Wiecznie żyć nie można, burty żre korozja, spustoszenia czyni słony morski wiatr, rdzewie ją maszyny w krwawych plamach minii, na smokingu czarnym coraz wiecei łat... Wśród morskiego złomu stoi opuszczony i wspomina przeszł ość swą świetną, w bezsilnej rozpaczy czeka na spawaczy, c o stalowe serce mu przetną. Lecz oto ona błyska bielą burt - znalazła go, i wiernie staje obok, do jego dziobu swój przytula dziób, i cumy ich splatają się ze sobą... Przełożył Michał B. Jagiełło Rajskie jabłka Kiedyś umrę... No cóż, wszyscy wiemy, że śmierć nie wybiera, Gdyby otruł mnie ktoś, kielich z jadem, bym wypił do dna, Bo zabitych nam żal, no i Bóg ich do raju zabiera. Żywy ciężki ma los, a o martwych od wieków się dba. Ból wykrzywi mi twarz, tracąc siły, na ziemię upadnę, Dusza pomknie gdzieś w dal i w przestworza poniesie ją koń, Gdy otworzy się raj, kilka jabłek z ogrodu ukradnę... Ale tam stoi straż. I bezbłędnie celuje wprost w skroń. Już zatrzymał się koń, ale wątpię, bym znalazł się w raju, Wokół pustka i piach, nie wiem, po co mój koń mnie tu wiódł, Ale nagle mój wzrok padł na bramę żelazną w oddali I klęczący tam tłum, czekający na kogoś u wrót. Głośno parsknął mój koń, potem znów, jakby w przepaść miał runąć, Lecz choć parskał i rżał, w naszą stronę nie zwrócił się nikt. Siwy starzec zza wrót chciał ogromną zasuwę odsunąć, Ale brakło mu sił, machnął ręką i z oczu nam znikł. I nie wzburzył się lud, nikt nie krzyknął, nikt słowa nie wyrzekł, Tylko z przodu ktoś wstał, jakby lepiej zobaczyć coś chciał. Zrozumiałem, gdy sam rajskiej bramie przyjrzałem się bliżej: Za ta bramą był sad pełen jabłek. I krzyż w sadzie stał. Siwy starzec zza wrót uniósł dłoń, a więc znak został dany. To był sam święty Piotr! Sam apostoł ku górze wzniósł dłoń! I ukazał się sad - rajski ogród jabłkami usłany, Ale tam stała straż, celująca bezbłędnie wprost w skroń. Każdy wiele ma próśb, ale ja wcale wiele nie pragnę: Przyjaciela chcę mieć... Rajskich jabłek odurza mnie woń... Wierną żonę chcę mieć - właśnie dla niej tych jabłek ukradnę, Ale wciąż czuwa straż i bezbłędnie celuje wprost w skroń. Siwy starzec zza wrót coś po cichu nakazał strażnikom, Ktoś z nich podał mu klucz i do bramy zbliżyli się znów. Szarpnął kraty sam Piotr, zardzewiały gwóźdź z zamka mu wypadł. Gdy otworem stał raj, tłum przed siebie się rzucił bez słów. W piersi brakło mi tchu, stałem z tyłu zupełnie bezradny. Pomyślałem: „No cóż... Skoro tutaj mnie przywiózł mój koń, Skoro jestem tu już, no to trochę tych jabłek ukradnę...” Lecz dostrzegła mnie straż. I bezbłędnie trafiła mnie w skroń. I zaświstał mój bat, bezlitośnie nim konia smagałem. Wiozę jabłka. I wiem: to nieważne, że garść, a nie wóz. Właśnie tobie je dam, bo ty jedna wciąż na mnie czekałaś, Nawet wtedy, gdy koń, galopując, do raju mnie wiózł. Przełożyła Marlena Zimna Kumple skok mi nadali... Kumple skok mi nadali, dom w dzielnicy willowej, ciemno choć w mordę bij, można walić jak w dym, jedna noc i gotowe, sam się nieźle obłowię i chłopakom odpalę jakąś dolę za cynk. Nie, nie pójdę tam kraść, w nocy ludzie chcą spać, by na czas rano wstać do roboty, trzeba spokój im dać, ja naprawdę, psiamać, snu zakłócać im nie mam ochoty! Powiedzieli mi wszystko, że tam mieszka artystka, ma brylanty jak łapcie, kupę złota i szmal, wleziesz oknem, bo nisko, zgarniesz towar i pryskasz, barachło opylamy i prujemy na bal! Nie, nie pójdę tam kraść, w nocy ludzie chcą spać, by na czas rano wstać do roboty, trzeba spokój im dać, ja naprawdę, psiamać, snu zakłócać im nie mam ochoty! Przekonywał mnie Miszka, że to dziana artystka, chrzanił: u nas artysta zawsze bidny jak mysz, ale Miszka, cwaniaczek, mówił: Baba ma daczę, jak zobaczysz tę daczę, to pomyślisz, że śnisz! Trudno, pójdę tam kraść, choć artystka chce spać, by na czas rano wstać do roboty, trudno, nie dam jej spać, choć naprawdę, psiamać, nie mam na to specjalnej ochoty. Powiedziałem chłopakom, że to lipa z tą chatą, świecidełka fałszywe, reszta - szmaty i chłam, a ta cała artystka lat ma chyba ze trzysta, nie daruję skubańcom, że posłali mnie tam! W nocy głupio jest kraść, w nocy ludzie chcą spać, by na czas rano wstać do roboty, trudno, nie dam jej spać, choć naprawdę, psiamać, nie mam na to specjalnej ochoty. Przełożył Michał B. Jagiełło Agent 007 Znękany swoją sławą niesłychaną, w tych całych ichnich Zjednoczonych Stanach, w ideologii wstrętnej nam i złej żył Hollywoodu gwiazdor numer jeden, tak zwany agent 007, czyli James Bond, szpieg FBI i CIA. Był to artysta wielki, dosłownie gwiazda gwiazd, a w kinach wielbicielki wręcz popadały w trans, królował na ekranie - nadczłowiek, superman, Marcello Mastroiani nie sięgał mu do pięt! Na ogół jednak siedział w swojej willi i trząsł się, by go nie przyuważyli, bo nieraz tłumy zachwyconych bab dopadłszy Jamesa Bonda w jakimś kącie ubranie darły w strzępy na tym Bondzie i zabierały jak najdroższy skarb. Tak żył Bond incognito, a kiedy kręcił film, przygody rozmaite przeżywał w filmie tym, to chował się w hot-dogu, to tajne plany kradł, to niezliczonych wrogów z lasera trupem kładł. I tegoż to artystę, Jamesa Bonda, ściągnęli towarzysze z Gosfilmfondu do filmu w koprodukcji z USA; w obawie zaś przed tłumem na lotnisku artysta schował ciuchy do walizki i goły zszedł z pokładu TU-102. W New Yorku kinomani żegnali go wśród łez, podarli sweter na nim, bieliznę zresztą też, ktoś mu zegarek gwizdnął, ktoś wyrwał złoty ząb - tlak żegnał się z ojczyzną jej idol, mister Bond. I oto u nas na Szeriemietiewie Iąduje agent 007, Rozgląda się ostrożnie tam i tu - nikt go nie wita, nikt go nie spotyka, wiec celnikowi zdjęcie swoje wtyka i mówi grzecznie: „Oh, how do you do?" Co prawda na lotnisku czekali ludzie, lecz witali biathlonistę, co wygrał ważny mecz, nasz człowiek, medalista, w dodatku chłop na schwał - na jego widok wszyscy wpadali w istny szał. Zadowolony, że go nie poznali, ukradkiem dotarł Bond do „Nationalu", tam go pytają kto on jest i skąd, a portier widząc Bonda postać chudą nazywa go łachmytą i łachudrą, po czym wyrzuca supermana won. Widząc, że rady nie da, Bond przed portierem w płacz: „Ja agent! Zero siedem! Chcieć pokój very much!" ...Chcesz pan międzymiastową? To z poczty se pan dzwoń! Przy słowach tych nerwowo załamał się James Bond. Na szczęście właśnie w tej krytycznej chwili filmowcy z Gosfilmfondu się zjawili i mógł odetchnąć z ulgą drogi gość, sprzątaczka zaś mruknęła: - Ale kino, tyle zachodu z jakimś agenciną! Ten Murzyn spod trzynastki, to jest ktoś! Przełożył Michał B. Jagiełło NIE LUBIĘ Nie lubię gdy mi mówią po imieniu Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu Z uśmiechem wykrzykując - kopę lat! Nie lubię gdy czytają moje listy Przez ramię odczytując treść ich kart Nie lubię tych co myślą że na wszystko Najlepszy jest cios w pochylony kark Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza Nie znoszę gdy na litość brać mnie chce Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się Nie znoszę much co żywią się krwią świeżą Nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą Gdy nawet już ich dławi własny Pęd! Nie cierpię poczucia bezradności Z jakim zaszczute zwierze patrzy w lufy strzelb Nie cierpię zbiegów złych okoliczności Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel Nie cierpię wiec niewyjaśnionych przyczyn Nie cierpię niepowetowanych strat Nie cierpię liczyć niespełnionych życzeń Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę W słuchawce suchy metaliczny szczęk Ja nienawidzę strzałów w tył głowy Do salw w powietrzu czuje tylko wstręt Ja nienawidzę siebie kiedy tchórze Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych Kiedy uśmiecham się do tych którym służę choć z całej duszy nienawidzę ich! Przełożył Jacek Kaczmarski Polowanie z Helikopterów Brzytwą światła na skos po źrenicach ciął brzask i jak drzwi w szczęku strzelb zatrzaskiwał się las, strzelcy byli tuż tuż, echo niosło ich zgiełk, potem ważki ogromne zawisły wśród mgieł - seria kul świeży śnieg rozorała jak kieł. Łoskot w ziemię nas wgniótł, wstrzymaliśmy dech, nawet ten, nawet ten, co najlepszy miał węch, basior szybszy niż wiatr i sprytniejszy niż lis, ten co prosto w nagonkę nie wahał się iść - nawet on dziś się bał i dygotał jak liść. Nie uśmiecha się życie do wilków, to my wilczym chwytem trzymamy się życia - za to śmierć szczerzy do nas w uśmiechu swe kły, śmierć to młoda, okrutna wilczyca. Nie będziemy żałować pazurów i paszcz, drogo skórę wrogowi sprzedamy! Lecz na śniegu posoką wyrok pisze się nasz: Nie jesteśmy już więcej wilkami! Żłobiąc śnieg próbowaliśmy umknąć gdzieś w bok, w blade niebo zdumiony wbijaliśmy wzrok - może Bogu w tym dniu pomyliło się coś, czemu wali się świat, za co karze nas los? Wielkie ważki znad drzew biły ogniem na wprost... Ołowiany siekł deszcz i spływaliśmy krwią, w ślepia śmiała się śmierć, powlekając je mgłą, przerażenie na karkach jeżyło nam sierść - to nie Bóg, tylko człowiek urządził tę rzeź, i rozdawał, co miał - temu w grzbiet, temu w pierś... Chodźcie, psy! W równej walce jesteście bez szans, smycz wam pole wolności wyznacza! Wilk to wilk! Chodźcie zmierzyć się jeszcze ten raz, wyście psy, to i śmierć wam sobacza! Nie będziemy żałować pazurów i paszcz, ale wróg gdzieś wysoko nad nami, i na śniegu posoką wyrok pisze się nasz - nie jesteśmy już więcej wilkami! Naprzód! Pędem przez rzekę i szybko na brzeg, naprzód, wilki! Jedyny ratunek to bieg! Osłaniajcie szczenięta i za mną, do drzew! Lawiruję wśród kul, w gardle pieni się krew, nie odzywa się nikt na żałosny mój zew... Ten i ów śmignął w ostęp i zdążył się skryć, jestem sam, całkiem sam, i nie zrobię już nic - łapy nie chcą mnie nieść, w płucach tchu coraz mniej - gdzieście, wilki, niedawni królowie tych kniej? Do mnie, bracia! W gromadzie umiera się lżej! Żyję, wiem. Już zza krat przygląda się mi: Patrzcie, wilk! Triumfalnie skowyczą, to są psy, nasi krewni dalecy, te psy, które wilczą bywały zdobyczą... Co dzień staję przed nimi pyskiem w pysk, twarzą w twarz, bezzębnymi ich straszę szczękami, lecz na śniegu już wyrok dopisał się nasz: Nie jesteśmy już więcej wilkami! Nie jesteśmy już więcej wilkami! Nie jesteśmy już więcej wilkami! Przełożył Michał B. Jagiełło W Restauracji W restauracji po kątach plakaty tu i tam, Tania wódka i piwo za grosze. A pod ścianą kapitan siedział całkiem sam „Czy można?”, spytałem. „A proszę!” „Zapalisz?” „Dziękuję, nie palę rok już.” „No to wypij, dajcie szklankę tu jedną! Dopóki nie przyniosą, pij z mojej! No cóż, Twoje zdrowie!” „Zdrów będę na pewno.” “No dobra” rzekł mi, a w czubie już miał „Wódkę pić potrafisz, w to wierzę, A czyś widział już z bliska artylerii strzał, A czy biegłeś już w ogień moździerzy? Ja byłem pod Kurskiem z Niemcami się bić, W tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim, Byście mogli spokojnie sobie dzisiaj żyć, Wy, i wasze żony, i dzieci!” O ojca mnie spytał, gdy tak klął i pił, I krzyczał, błędny wzrok wlepiając w szklankę „Ile z życia straciłem i ile krwi z żył, Byś tu miał, draniu jeden, sielankę! Ja karabin ci dam i pójdziesz precz w bój, Zamiast chlać ze mną tu z jednej flaszki!” Aż czułem nad sobą śmiertelnych kul rój I na niebie wybuchów rozblaski. W końcu całkiem się spił, a ja razem z nim, Aż się wreszcie uniosłem honorem. „Kapitanie!”, krzyknąłem, „Tyle powiem ci, Że ty nigdy nie będziesz majorem!” Przełożył Bartłomiej Wzdęga Historia choroby Ja byłem zdrowy, zdrów jak byk Nawet jak byki dwa. Starczało zdrowia, żeby żyć, Czasem - po mordzie dać. Codziennie możesz śpiewać, grać I nagle - blady strach, I nagle - krzyk: „Pod nóż go kłaść!” I koniec - niech to szlag... Rzekł lekarz: "Nie smuć się" - (Tak się uprzejmy zrobił) - „Kraju wszak historia jest Historią choroby” I wtem ogarniać zaczął mrok Rzędy lekarskich lic, Krzyczących: „Zrobić pierwszy krok! Najpierw gorączkę zbić!” Poczułem w sobie przypływ sił, Co chciał mnie naprzód pchnąć. Lekarz na miejscu jednak był, By swe przyrządy wziąć. Przez gardło - krew i starczy jej, By kraj zatapiać wolno. Aż nagle mnie złapali trzej „Szybko! Anestezjolog!” Spieszą się, każdy biegnie z czymś, Na szyję kładą lód. Wypływa ze mnie krwisty płyn - Daremny jest ich trud. To może jest ostatni z dni I na nic moja złość. „W zasychającej twojej krwi Ugrzęźnie przecież ktoś!” Ja mógłbym tu, lekarzom wbrew, Zakrwawić całą ziemię! Ale podstawić coś na krew Zdążyli. Po co? - Nie wiem... Oddala się mój własny krzyk, Już nie poznaję sióstr - To słodki gaz, jak wódki łyk, Mój strach na chwilę zniósł. Łagodny mrok i salę skrył, I zastęp siwych głów, Że umysłowo - dowód był - (O dziwo) jestem zdrów! I znowu szarpię się i drżę, Igieł wciąż we mnie mało. Podają przez nie świeżą krew, By trochę choć zostało. Chodź, chirurg, zanim uśpią mnie, Na moment się tu schyl. Powiedzieć coś ważnego chcę, Nie będę się z tym krył. Krójcie do woli, ilu was, Każdy swój skalpel ma, Nie o was pisze cały czas - Lekarzy pełen świat!.. Padłem na kraju bytu, Otchłań - w połowie drogi. Historia mego życia - Historia choroby! I pierwszy człowiek boleść skryć Próbował albo strach, A i Bóg Stwórca musiał być Chory, gdy tworzył świat! I cała ludzkość cierpi wciąż, Choroby, kule, trwogi, Więc przecież jej historia to Historia choroby. Tak chory żyje - szybko, źle, Niezdolny, by coś zrobić, Własną upaja wiecznie się Historią choroby! Przełożyła Ewa Sobczak O SZPITALU Żyłem sobie jak w Madrycie, na Arbacie, razem z mamą, teraz leżę tu na pryczy, obandażowany cały. Co nam sława, co nam Kława (siostra nasza)? - dobry śnie! Umarł sąsiad ten mój z prawej, a ten z lewej... jeszcze nie. No i kiedyś ten po lewej - zaszkodziło mu czy jak? - mówi do mnie: hej, kolego, ale nogi to ci brak! Jakże to? Nieprawda, ludzie, toż on kłamie! Głupi żart. Obetniemy tylko palce. - doktor mi powiedział tak. Ale potem ten po lewej wciąż się śmiał i drwił za dwóch. Nawet jeśli przez sen bredził, też o nodze coś tam plótł. Szydził ze mnie: Oj, nie wstaniesz, no i z żoną... szkoda słów! Gdybyś tylko tak, kolego, z boku się zobaczyć mógł! Żebym ja kaleką nie był, żebym z wyra mógł się zwlec, ja bym temu tam po lewej gardło przegryzł w biały dzień! Chcę uprosić siostrę Kławę, koc żeby odkryła mi. Byłby mi powiedział prawdę sąsiad z prawej..., gdyby żył. Przełożył Paweł Orkisz Młot cisnąłem na kowadło... Młot cisnąłem na kowadło, bo za przekroczony plan za granicę od zakładu skierowanie dostać mam, sadzę szybko zmyłem z ciała, zjadłem zimne płotki dwie i instrukcji wysłuchałem, co tam wolno, a co nie. Ichni poziom trochę wyższy jest niż nasz, więc by mi się nie przytrafił jakiś szpas, dał instruktor do czytania broszur plik, bym u obcych nie naraził się na wstyd. Mówił ze mną jak brat z bratem: - Za granicą ty się strzeż, strzeż się, bracie, demokratów w polskim mieście Bangladeszt, żyją tam na taką modłę, że ci dęba stanie włos, lecz zachowaj swoją godność i pamiętaj, żeś ich gość. Będą wódką cię częstować - odpór daj: „Ja, koledzy demokraci, tylko czaj!" Będą pchać prezenty w łapy - unik zrób, mów, że my takiego chłamu mamy w bród. W dobrobycie diet nie roztrwoń, oszczędzanie - dobra rzecz, tylko się z tej oszczędności tam nie zagłodź - czasem jedz, wiedz, że w czeskim Bukareszcie obyczaje dziwne są: raz usłyszysz: „Pijcie, jedzcie!", kiedy indziej - „Poszoł won!" Oj, rozejrzę się ja tam wśród babskich ciał! Używanie męsko-damskie będę miał! Demokratka, mówił koleś, co się zna, jak usłyszy skąd ty jesteś - darmo da... - Burżuazja tylko czeka, to jest woda na jej młyn, trzymaj się od bab z daleka, nie zaczynaj, bracie, z tym, tam agentki wabią seksem, lepiej spokój sobie daj, w razie czego mów, że z seksem już uporał się nasz kraj. " Kiedy zetkniesz się tam z babą, czujność zdwój: włoży taka na ten przykład męski strój, niby nic, a może granat w spodniach mieć: nim odezwiesz się do kogoś - sprawdzaj płeć! Tutaj pytań miałem masę, bo mnie wzięła kwestia ta: jak to sprawdzać? Może macać? A jeżeli w mordę da? Lecz instruktor tylko bąknął: - Żonę masz, to wiesz, jak jest. Zrozumiałeś? To w porządku. - I zasuwa dalej tekst. „Zreferuję najważniejsze jeszcze raz: do Bułgarów w Budapeszcie jechać masz. Będzie problem - temat zmienić. Grunt to takt. W mordę nie bić. Wytłumaczyć co i jak". " Po co mi te demokraty, ani brat ja im, ni swat, lepiej dajcie młot do łapy, to przekonam cały świat; jakiż ze mnie agitator, ojciec kowal, kowal dziad... Do Polaków w Ułan Bator nie pojadę, niech ich szlag! Leżę z żoną, spać się nie chce: - Duśka, wiesz, na cholerę mi ten cały Bangladeszt? Przecież ja się nie nadaję, jestem głąb, ja tych ichnich obyczajów ani w ząb... Duśka obok śpi jak anioł, zakręciwszy na noc włos, wreszcie głosem rozespanym odpowiada: - Ja mam dość, ty mnie, Kola, nie denerwuj, ty rozwodu chyba chcesz, od dwudziestu lat bez przerwy słyszę tylko: "Duśka, wiesz..." Obiecałeś - czego stawiasz oczy w słup? Że ceratę mi tam kupisz. No to kup! Zaoszczędzisz jakąś rupię albo lir, i przywieziesz swojej żonie souvenir! Obejmuję Duśkę moją, w sen zapadam z ciężkim łbem, śnię, że w kuźni kuję zbroję, potem tarczę, miecz i hełm, za granicą są stosunki, od stosunków, tarczo, chroń! A wąsate dwie Rumunki wymierzały we mnie broń. Śnił mi się cferaty zwój koloru beż, i rojący się od szpiegów Bangladeszt, oj, pomieszkam u Rumunów parę dni! Ponoć oni też z Powołża, tak jak my... Mają baby te sposoby - ściska, pieści, roni łzy, łata moją garderobę, odprowadza aż do drzwi... Żegnaj, kuźnio ukochana, żegnaj mi na jakiś czas, żegnaj, produkcyjny planie, przekroczony planie nasz! Strzemiennego żeśmy pili aż po brzask, jeszcze w drodze na lotnisko trząsł mną kac, ja do trapu, a tu z tyłu głos jak bat: - A cóż wam tak, towarzyszu, spieszno w świat? Przełożył Michał B. Jagiełło Gimnastyka poranna Szykujemy ekspandery, wdech i wydech, trzy i cztery, Dziarskość ciała, gracja, gestów plastyka Pompująca krew do żył, dodająca rankiem sił jeśli w ogóle je masz Gimnastyka! Czyś niemowlę, czyś emeryt po sto pompek, trzy i cztery, My pompkami pokonamy słabość ciał! Na knowania wrogich kół, odpowiemy zwisem w dół, Choćby nawet pot się z czół strumieniami lał! Krąży gorszy od cholery wirus grypy, trzy i cztery, Krzywa zachorowań w górę wciąż się pnie, Tylko silny szanse ma, poświęcajcie więc co dnia Chociaż parę chwil na na cieranie się! Jeszcze kilka ćwiczeń jogi podnosimy obie nogi, Niech każdemu gimnastyka wejdzie w krew, Dzisiaj nikt już nie zaprzeczy, że od wódki i tych rzeczy Znacznie zdrowszy oraz lepszy jest WF! Nie rozpraszać się, nie gadać, skupić siły na przysiadach, Rześki uśmiech niech rozjaśni każdą twarz, Gdy ubogi z ciebie człowiek, to nacieraj się czymkolwiek, Ale dbać o swoje zdrowie stale masz! Wszelki opór nie ma sensu, zaczynamy biegać w miejscu. Taki bieg pomoże zwalczyć spleen i stress, Nie ma tu wygrywających, nie ma tu przegrywających, Wszystkich uszczęśliwiający sport to jest! Przełożył Michał B. Jagiełło Mam telewizor - a żeby się zepsuł! Mam telewizor - a żeby się zepsuł! Okno na świat, ale coś mi tu nie gra; okno to nie jest, przecież w okno bym nie pluł. prędzej już drzwi, których zamknąć się nie da, trzęsie się dom od wydarzeń i cyfr, to Elton John, to inwazja na Cypr, szczyt EWG, Ku-Klux-Klan, potem Żyd, co wrócić chce, bo Izrael mu zbrzydł. W pierwszym programie film, a w drugim balet, "Z wizytą u was" i magazyn „Czas", potem "Dziewczęta - start", można oszaleć, parada gwiazd dla mas i turniej miast. Wszystkie zgryzoty calutkiej planety walą z ekranu w mój mózg udręczony. Zachód i Wschód, Oenzety, rakiety, plus Richard Nixon z psem, dziećmi i żoną. Mam tego dość - włączam dziennik, a w nim dostojny gość, premier Indii czy Chin, patrzę na gościa, a gość przez TV wpycha się wprost do mojego M-3. Potem się leje stal i drętwa mowa. jedni wałcza o plon, drudzy o plan, i znowu "Chłopcy start", można zwariować. strzelają, skaczą wzwyż, budują БАМ. Możesz próbować nie włączać go wcale, Lecz telewizor dopadnie cię wszędzie, Wciśnie ci dziennik i cztery seriale, i po raz setny "Jezioro łabędzie" - wieczorem mecz: RFN będzie grać, mecz ważna rzecz, wiec nie kładę się spać, gram z RFN. potem waląc się z nóg słyszę przez sen, że alkohol mój wróg. Dyskusja, koncert, mecz, festiwal w Warnie, na zmianę wielki pic i wielki piec, „Chłopcy, dziewczęta - start!", i wszystko dla mnie, w moim mieszkaniu, można się wściec! Żona do kina mnie ciągnie w sobotę, krzyczy, że chyba już całkiem mam dosyć, że telewizję wynalazł idiota, by na idiotów patrzyli idioci, więc guzik wciskam, wyłączam, a tu w pokoju Nixon i Georges Pompidou! Ja chyba śnię, ale czuję, że nie: Georges wita mnie miłym „Bonjour, monsieur!" Wtem siedemnaście mgnień widzę Stirlitza, spikerka ciągnie mnie z pola na stół, dziewczęta robią start, kwadrans rolniczy, i określony wpływ wiadomych kół! ...Nawet w zacisznym szpitalu bez klamek, gdzie mnie zamknięto, bym sobie odpoczął, telewizyjne namolne programy prześladowały mój mózg dniem i nocą - produkcji wzrost, podorywki i siew, kolejny gość. koncert życzeń, psiakrew, tajfun, powodzie, batalia o plon. żniwa w kołchozie i on, Elton John! W świetlicy stoją trzy telewizory, ale nie dla mnie już ekranu blask, "Chłopcy, dziewczęta start!". Kochani moi, jakaż to piękna rzecz nie widzieć was! Przełożył Michał B. Jagiełło Piosenka o poległym lotniku O powrocie do domu całą wojnę marzyłem, Zawsze byłem cierpliwy, nie liczyłem na cud. No, a on był nerwowy... Kiedyś spóźnił się chwilę I nie zdążył manewru wykonać, wpadł w korkociąg i strącił go wróg. O nic więcej nie spyta, Nic nie będzie już czuł. No, a ja łzy przełykam I wspominam ten bój. Lecz wspominam daremnie - Zamilkł już jego głos. On był lepszy ode mnie, No, a mi sprzyjał los. Nawet nie pomyślałem, by na tylach gdzieś siedzieć, Ale kobiet spojrzenia przeszywały mnie wciąż, Bo tak na mnie patrzyły, jakby chciały powiedzieć: “Gdybyś ty tam na wieki pozostał, może przeżyłby wojnę mój mąż.” Stale widzę jak płaczą I jak ręce im drżą, Razem z nimi rozpaczam, Że wdowami dziś są. A więc je przeprosiłem: “Nie ocalił mnie Stróż. Przez przypadek wróciłem, Miałem szczęście i już”. On przez radio powtarzał: “Musisz przeżyć! Wytrzymaj!” Potem coś zatrzeszczało i zagłuszył go szum. Wznosiliśmy się w górę, gdy się walka skończyła, On w tych rajskich przestworzach pozostał, no, a ja skierowałem się w dół. Ale rajskie lotnisko Było zimne jak stal. Pilot ujrzał je z bliska I ogarnął go żal. Tak się życie skończyło, Los westchnieniem go zbył, A więc ja powróciłem, Jemu zaś brakło sil. Będę winę odczuwał, choćby lata minęły, Wobec tych, co zginęli, wobec lepszych niż ja. I choć nam się udało wylądować u celu, Niejednego dziś męczy sumienie, męczy tego, kto jeszcze je ma. Widać ktoś pomysłowy Takie życie nam dał - Krótkie jak pas startowy, Lakoniczne jak strzał. Wielu żywot straciło, Jakby warty był grosz. A ja jednak wróciłem, Nie dopisał mi los. Przełożyła Marlena Zimna GDYBY WÓDKĘ PIĆ SAM Gdyby wódkę pić sam człowiek mógł, To by na tym skorzystał, Ale zawsze pragnienie ktoś ma, Ale zawsze ktoś spyta: „A ja?”, A dla siebie samego masz grób, Tylko grób i kołyskę. Kiedyś brzmiał nasz śpiew jak grom, Lata były tłuste, Teraz został pusty dom I ulica pusta. Fiński nóż pokrył kurz Na zawsze chyba już. Tylko tobie twą żonę dał Bóg, Niby rzecz oczywista, Ale czasem urzeknie ją ktoś, A czasami i dwóch nie ma dość, A dla siebie samego masz grób, Tylko grób i kołyskę. Kiedyś brzmiał nasz śpiew jak grom, Lata były tłuste, Teraz został pusty dom I ulica pusta. Fiński nóż pokrył kurz Na zawsze chyba już. Ilu to chłopców przychodzi na świat, Ilu ich śpiewać potrafi, Ilu piosenki me nuci zza krat, Ilu ich jeszcze tam trafi... Fiński nóż skryje kurz Na zawsze chyba już. Przełożyła Marlena Zimna Polowanie na wilki Biegnę naprzód, ze strachu półżywy, Lecz historia powtarza się znów: Otoczyli mnie znowu myśliwi, Zaroiło się w lesie od psów. Ustawili się w zwartym szeregu, I z dwururek celują zza drzew, Młode wilki krwią broczą na śniegu, Wsiąka w ziemię spieniona ich krew. Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły. Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi. Żadnych szans nam myśliwi nie dają, Nieuczciwa nie peszy ich gra: Chorągiewki czerwone wieszają, Już od wieków zabawa ta trwa. Wilk nie może przekroczyć granicy, Bo czerwonych obawia się szmat, Razem z mlekiem matczynym wilczycy Mu na wieki wpojono ten strach. Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły. Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi. Mamy ostre i kły i pazury, Może stary odpowie mi wilk, Czemu jednak boimy się kuli, Czemu ludzki przeraża nas krzyk. Wilk nie może postąpić inaczej, I mój koniec przybliża się już, Gdy myśliwy wśród drzew mnie zobaczył, Bez wahania nacisnął na spust. Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły. Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi. Nie na wiele nagonka się zdała, Chociaż bałem czerwonych się szmat, To przed siebie na oślep pognałem, Tak jak więzień ucieka zza krat. Biegnę naprzód, ze strachu półżywy, Nie powtórzy historia się znów, Otoczyli mnie znowu myśliwi, Lecz nie udał się dzisiaj im łów! Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły. Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi. Przełożyła Marlena Zimna SNAJPER Dla ciebie strzelać - To szczęścia łut, A dla snajpera - To żaden trud. Celownik przetrę, Zmierzymy się. Ja na sto metrów, A ty - na metr. Mój strzał obalił Twój chytry plan. To ja wygrałem - Dziesiątkę mam. Strzelałeś z bliska, Lecz przyznaj sam: To oczywiste - Nie miałeś szans. Nie zdradzą ręce, Nie zadrży dłoń. Dziewiątka w serce, Dziesiątka w skroń. I jak atrament Na kartki biel, Krew przelał z rany Mój żywy cel. Przełożyła Marlena Zimna ON NIE POWRÓCIŁ Z BOJU Czemu jakoś nie tak rytm odmierza dziś czas, Skoro nadal, jak dawniej, mnie woła Las, i niebo, i wiatr. Wiatr, i niebo, i las... Tylko on z boju wrócić nie zdołał. Już nie dowiem się nigdy, kto rację z nas miał W naszych kłótniach namiętnych i sporach. On dopiero mi dziś, jak brat, bliski się stał, Kiedy z boju powrócić nie zdołał. Gdy pogadać z nim chciałem, on milczał, jak grób. Chciał rozmawiać, gdy milczeć pragnąłem... Budził mnie skoro świt, mówił: „Miejsce mi zrób...” A dziś z boju powrócić nie zdołał. On z moimi wrogami za barki się brał - W pojedynkę bym im nie podołał. Jakby wiatr zgasił płomień i wypalił się żar, Kiedy on z boju wrócić nie zdołał. Wiosna w pełni, a wiatr naśladuje czyjś ton, Jakby jego piosenkę mi nucił... „Dasz zapalić?” - jak co dzień spytałem, lecz on Nie odpowie, bo z boju nie wrócił. Dusze naszych poległych chronią nas cały czas, Roztaczają opiekę w potrzebie. Niebo w drzewach odbite, jakby wodą był las, Drzew korony błękitne jak niebo... Każdy kąt dzieliliśmy. A dziś, gdy go brak, Miejsca dosyć i przestrzeń dokoła. Tylko żyć pełną piersią... A ja czuję się tak, Jakbym sam z boju wrócić nie zdołał. Przełożyła Marlena Zimna ONA BYŁA W PARYŻU Już całkiem ze mną źle; zamykam oczy - widzę. Już całkiem ze mną źle, a zresztą co tu kryć - Cóż przy niej znaczę ja! Francuskiej nie mam wizy. A jednak, Boże mój, nie mogę bez niej żyć. Śpiewałem dla niej wciąż przepiękną pieśń o wschodzie, Myślałem, że mój śpiew przybliży do mnie ją... Cóż przy niej znaczę ja! Jej wcale nie obchodzi Daleki mroźny wschód, Białego Morza toń. Zmieniłem temat więc, nadzieję miałem jeszcze, Że może inna pieśń właściwy kryje styl... Cóż przy niej znaczę ja, gdy we francuskim mieście Sam wielki mim Marceau o jej urodzie śnił. Przestałem śpiewać więc. Nie miałem racji chyba. W nieszczęściu pomóc miał słowników cały stos... Cóż przy niej znaczę ja! W Warszawie już przebywa, I w obcej mowie znów rozbrzmiewa dziś jej głos. Gdy wróci, powiem jej po polsku: „Proszę Pani, Nie będę śpiewać już! Wysłuchaj mnie choć raz!” Cóż przy niej znaczę ja! Od wczoraj jest w Iranie... I na znajomość z nią po prostu nie mam szans. Dziś w Oslo spędza czas, a jutro w Budapeszcie, Więc o spotkaniu z nią jedynie mogę śnić... Kto kiedyś kochał ją, kto ją pokocha jeszcze, Niech kocha. Ja i tak nie mogę bez niej żyć! Przełożyła Marlena Zimna SOS Już łódź się zanurza - Na wachcie się zgłoś. Choć niebo się chmurzy, Nie straszna nam burza, A jeśli wpadniemy, To sygnał wyślemy, Usłyszy go ktoś! Ocalcie nasze dusze! Już krztuszę się i duszę, Ocalcie nasze dusze, Odnajdźcie nas! Szum fal do krzyku zmusza, I SOS zagłusza, I strach przepełnia dusze, I płynie czas. Krew w żyłach pulsuje, I wzmaga się chęć, By wrócić na górę, Lecz tam, jak za murem, Nad wodą głęboką, Za falą wysoką Schowała się śmierć! Ocalcie nasze dusze! Już krztuszę się i duszę, Ocalcie nasze dusze, Odnajdźcie nas! Szum fal do krzyku zmusza, I SOS zagłusza, I strach przepełnia dusze, I płynie czas. Wypłynąć gotowi, Już dna mamy dość, Lecz przecież nad głową Masz pole minowe. I brzmi polecenie: „Za ster! Zanurzenie!” Dowódca ma głos. Ocalcie nasze dusze! Już krztuszę się i duszę, Ocalcie nasze dusze, Odnajdźcie nas! Szum fal do krzyku zmusza, I SOS zagłusza, I strach przepełnia dusze, I płynie czas. Wytrzymać do rana, Bo rozkaz tak brzmiał. Choć śmierć nam pisana, To nie na kolanach! A dno całkiem blisko, I brak już pocisków, I życia nam żal! Ocalcie nasze dusze! Już krztuszę się i duszę, Ocalcie nasze dusze, Odnajdźcie nas! Szum fal do krzyku zmusza, I SOS zagłusza, I strach przepełnia dusze, I płynie czas. I wreszcie kres biegu, Lecz nie ma już czym Bić wrogich szeregów. Płyniemy do brzegu. Choć słabną już dłonie, To jeszcze nie koniec, Nim okręt zatonie, Ktoś zderzy się z nim! Ocalcie nasze dusze! Już krztuszę się i duszę, Ocalcie nasze dusze, Odnajdźcie nas! Szum fal do krzyku zmusza, I SOS zagłusza, I strach przepełnia dusze, I płynie czas. Przełożyła Marlena Zimna ŻOŁNIERZE GRUPPY "CENTR" Żołnierz zawsze zdrów! Żołnierz zniesie trud! I pył sypie się spod nóg; Wydeptanych w marszu dróg. I nie można się zatrzymać, Ani zmienić rytmu - nuty; Jaśnieją nasze lica, Błyszczą nasze buty! Spaloną już równiną, Za metrem, metr... Idą Ukrainą Żołnierze gruppy "Centr". I pierwszy i drugi - baczność, na wprost marsz! Każdy krok do przodu - i raj będzie nasz. A pierwszy i drugi - też ryzyko lubi... W ślad za tobą pójdzie - w śmierci oddech długi; Pierwszy i drugi! Pierwszy i drugi! Pierwszy i drugi! Przed nami wszystko jasne jest. Za nami płonie świat! Nie trzeba myśleć, z nami ten, co całą prawdę zna! Weseli i radośni Wrócimy do swych miast. Niewiasty jasnowłose Nagrodą będą nam! To wszystko nas nie minie, Lecz teraz w prawo skręt! Idą po Ukrainie Żołnierze gruppy "Centr". I pierwszy i drugi - baczność, na wprost marsz! Każdy krok do przodu - i raj będzie nasz. A pierwszy i drugi - też ryzyko lubi... W ślad za tobą pójdzie - w śmierci oddech długi; Pierwszy i drugi! Pierwszy i drugi! Pierwszy i drugi! Przełożył Artur Jackowski POMIĘDZY NAS NIKT OBCY NIE MÓGŁ WEJŚĆ Pomiędzy nas nikt obcy nie mógł wejść, i właśnie mnie skołował jeden taki - przyszedłem z nim i powiedziałem: "Cześć, to równy gość, nalejcie mu chłopaki." Siedział i pił, żartował, a my z nim grzecznie, serdecznie, słowem - żadnej draki. Nazajutrz wydał wszystkich, taki syn - To był mój błąd, wybaczcie mi, chłopaki. Jak nas sądzili - nie wiem, miałem dość, rozprawa, sąd i barak jak mogiła, wokół widziałem tylko czarną noc, zwłaszcza że taka rzeczywiście była. Wytrzymam tu, wytrzymam głód i mróz, choćby mi pszyszło wypruć z siebie flaki - on myśli, drań, że mnie nie spotka już, to jego błąd, zapewniam was, chłopaki. Któregoś dnia z dalekich wrócę stron i twarzą w twarz znów spotkam się z łajdakiem, i powiem wam: "Skoro to był mój błąd, to teraz mnie zostawcie go, chłopaki..." Przełożył Michał B. Jagiełło PO MNIE NARZECZONA Po mnie narzeczona łzę uroni słoną, za mnie kumple zwrócą nie oddany dług, za mnie inny śpiewak moją pieśń dośpiewa i być może za mnie mój wypije wróg. Czytać mi nie dają tutaj książek żadnych i w gitarze pękły struny dwie, tu nie wolno wyżej, wolno tylko na dno, słońca mi nie wolno i księżyca nie. Do swobodnych tylu kroków mam tu prawo, ile ich od ściany aż do drzwi, i nie można w lewo, i nie można w prawo, można tylko skrawek nieba zza krat, można tylko sny... Bracie mój, gdy wreszcie w zamku klucz zazgrzyta i gdy wdzieję własny łach na kark, kto mnie tam uściśnie, kto mnie tam powita, jakie pieśni spłyną z naszych warg? Przełożył Wojciech Młynarski BATALIONY KARNE Godzinę masz na wsparcie ogniem z dział, godzinę, byś przed skokiem oddech złapał, godzinę prób, a potem co Bóg da, jednemu krzyż na pierś, drugiemu - czapa. Ni próśb, ni mów, ni życzeń - gadaj zdrów! A szczęście? Szczęścia życz artylerzystom. W kompaniach karnych szkoda na to słów, nam nie pasuje: "komuniści, wystąp!" Łyk wódki przed natarciem? Lichy żart! Łyknęliśmy gorzały w życiu kapkę. I "hurra" naszych się nie ima warg, ze śmiercią się bawimy w ciuciubabkę. Tu jedno prawo: bij! Prać każą - pierz! Do gardła faszystowskiej skacz gadzinie! Niech tylko kule omijają pierś, a już jej medal pewny nie ominie. Bagnetem, kolbą, dłonią wal co sił, nad własną pięść nic nie masz sprawniejszego, a wyjdziesz z tego cało - będziesz żył! Twój fart, łachudro, hulaj na całego! "Kraj w ogniu wasz - wróg upomina nas - las w zgliszczach, ludzi brak, widoki marne"... Na trumny przyjdzie wam karczować las, do szturmu stają bataliony karne! Godzina zero! Jazda! Ognia z dział! Wal, ogniomistrzu, by tchu nikt nie złapał! Godzinę masz, a potem co Bóg da: dla jednych krzyż na pierś, dla reszty - czapa. Przełożył Andrzej Mandalian PIEŚŃ ROZBÓJNICZA W kraju buntów, łez i trosk, w ponurej guberni nie żałował chłopcu los kolców ani cierni. Krzywdy piołunowy smak dobrze chłopak poznał, cięgi zbierał, i to tak, że bardziej nie można. Pij truciznę do zatraty, tego dobra mamy w bród, jak by sznur się nie zaplatał, zawsze się zaplecie w knut. Kto przegrywa, musi iść z torbami przez ramię, życie jak pajęcza nić rwie się pod palcami. Tych zaś, którzy poszli w świat szczodry i bogaty, porwał, poniósł, cisnął wiatr za więzienne kraty. Nie wypuszczą, choćbyś płakał, ściśnij zęby, cierp i milcz, jak by sznur się nie zaplatał, zawsze się uplecze w bicz. Kraju smutny, w czym twój czar, jakie w tobie piękno? Szubienica, sznur na kark, katarżnicze piętno. A wisielcom sam ojczulek bies gołe pięty liże, kupa śmiechu, tak to jest, ni pożyć ni wyżyć. Nie jęcz, nie płacz, graj chojraka, nie darują ci i tak, jak by sznur się nie posplatał, zawsze twój owinie kark. Nocą słychać piły zgrzyt, nie próżnują cieśle, kat przychodzi skoro świt, o wiele za wcześnie. Machnij ręką, jeszcze czas, do śmierci pożyjesz, przygotują sznur w sam raz, akurat na szyję. Śpij spokojnie, na swój szafot jeszcze się nie spóźnił nikt, jakby sznur się nie posplatał, zawsze się uplecie stryk. Przełożył Michał B. Jagiełło W PARNEJ SWKARNEJ AFRYCE W parnej skwarnej Afryce, w jej najgorętszej części, wierzcie sobie albo nie - zdarzyło się nieszczęście. I obiegła Czarny Ląd w formie wrednych plotek wieść, że w buszu pewien słoń pokochał antylopę. Zawrzała dżungla wszerz i wzdłuż, i tylko pewien stary struś zawołał: - Nie wtrącajcie się, bo słoń ma łeb - on lepiej wie! Słoń zaś wytłumaczył tak postępek swój paskudny: - W naszej faunie ssak czy ptak, wszyscy są dziś równi! Jeśli zaś w rodzinie ktoś ma pretensje do mnie, to oświadczam, że mam dość - kij wam wszystkim w trąbę! Zawrzała dżungla wszerz i wzdłuż, i tylko pewien stary struś zawołał: - Nie wtrącajcie się, bo słoń ma łeb - on lepiej wie! Teść z tego nieszczęścia tłucze łbem o palmę: słonia mieć za zięcia! Hańba i mezalians! I w słoniowym stadzie gwałt: widzieliście idiotę? P rzeniósł się więc słoń do małp ze swoją antylopą. Zawrzała dżungla wszerz i wzdłuż, i tylko pewien stary struś zawołał: - Nie wtrącajcie się, bo słoń ma łeb - on lepiej wie! Z parnej skwarnej Afryki słychać płacz co chwilę: słoń i antylopa łzy leją krokodyle, straszna ta moralność dziś, sprawa niesłychana - ich córeczka pragnie wyjść za mąż za pawiana! Kie dy słoń popełni błąd, nie ponosi winy słoń, tylko ten, co mordę drze, że słoń ma łeb i lepiej wie! Przełożył Michał B. Jagiełło SZEREGOWY BORYSEW - Szeregowy Borysew! - Tak? - Szybko mów jak było! - Więc trzymałem się z ostatnich sił, Padał deszcz, była noc, służba wciąż się nie kończyła... Daję słowo! Nie wiedziałem kto to był. Gdy zapytałem: „Stój! Kto idzie?!" - on się śmiał. Strzeliłem w górę, a on krzyknął: „Kończ ten bal!" Więc bez dyskusji, zbędnych pytań, pustych fraz, Splunąłem tylko i strzeliłem prosto w twarz. - Szeregowy Borysew! Coś wam chyba się przyśniło... Poznałbyś go bracie na sto mil! - Padał deszcz, opadła mgła, noc okropnie ciemna była, Więc nie mogłem wiedzieć kto to był. Gdy zapytałem: „Stój! Kto idzie?!" - on się śmiał. Strzeliłem w górę, a on krzyknął: „Kończ ten bal!" Więc bez dyskusji, zbędnych pytań, pustych fraz, Splunąłem tylko i strzeliłem prosto w twarz. - Ech, Borysew!, - Znowu sędzia męczy mnie i pyta, Powinniście pod trybunał iść! Ja na warcie stałem, była mgła niesamowita, „Stój! Kto idzie?!" - mówię, a tam nic. Gdy zapytałem: „Stój! Kto idzie?!" - on się śmiał. Strzeliłem w górę, a on krzyknął: „Kończ ten bal!" Więc bez dyskusji, zbędnych pytań, pustych fraz, Splunąłem tylko i strzeliłem prosto w twarz. Minął rok, lecz ja nie szybko krzywdy zapominam - Był w kopalni między nami spór, I nie wyszła nam rozmowa, nie wiem z czyjej winy, Może nam przeszkadzał młotów stuk. Gdy powiedziałem mu: „Ją zostaw!" - on się śmiał. Gdy uderzyłem, krótko krzyknął: „Kończ ten bal!" Więc bez dyskusji, zresztą wściekły byłem już, Splunąłem tylko i bez słowa wbiłem nóż. Miałem szczęście, że pozostał on przy życiu. A w tę noc trzymałem się z ostatnich sił. Padał deszcz i było ciemno, nie wierzycie? Daję słowo! Nie wiedziałem kto to był! Przecież gdy zapytałem: „Stój! Kto idzie?!" - on się śmiał. Czyż nie tak? Strzeliłem w górę, a on krzyknął: „Kończ ten bal!" Więc bez dyskusji, zbędnych pytań, pustych fraz, Splunąłem tylko i strzeliłem prosto w twarz. Przełożyła Marlena Zimna NIE LUBIĘ Nie lubię fabuł z kiepskim zakończeniem, I pędu życia nigdy nie mam dość, Nie lubię, gdy ogarnia mnie znużenie, Gdy mi z rozpaczy w gardle więźnie głos. Nie lubię, gdy cynizmem zimnym ranią, Gdy fanatyczny mnie dobiega pisk, I gdy ktoś obcy zerka mi przez ramię, Żeby bezczelnie mój przeczytać list. Nie lubię, kiedy trują mi od rzeczy, Lub poganiają: „Jeszcze kwadrans masz...” Nie lubię, gdy strzelają cichcem w plecy, Albo gdy z bliska mierzą prosto w twarz. Nie lubię plotek, co mi wróżą fiasko, I od zaszczytów robi mi się mdło, Nie lubię, gdy pod włos próbują głaskać, I gdy rysami „ozdabiają” szkło. Takim, co nigdy nie brak im rezonu, Jakoś nie ufam. I zamieram aż Gdy słowo honor znika z leksykonu, I honorowym się nazywa łgarz. Nie żal mi wcale, gdy się w przepaść toczy Ten, co niejedno życie w popiół starł. Nie lubię bezsilności i przemocy, Tylko Chrystusa mi na krzyżu żal. Nie lubię siebie, gdy mnie coś przeraża, Kiedy niewinnych krzywdę z dala czuć, Nie lubię, gdy perfidnie w duszę włażą, A zwłaszcza, gdy mi w nią próbują pluć. Nie lubię aren - z tłumem, z trybunami, Tam się kupuje poklask i rząd dusz. I niech nie mamią mnie obietnicami, Ja nie polubię tego nigdy już! Przełożyła Marlena Zimna PIEŚŃ O ZIEMI Kto powiedział: "Nie wzejdzie tu plon, po co siać, przecież Ziemia umarła!" To nieprawda! Zanurzcie w niej dłoń - Ziemia śpi, chroniąc w łonie swym ziarna. Zazieleni, wypuści je wzwyż, kiełkom kwiatów i drzew każe pęcznieć, choć sczerniała od sadzy i zgliszcz, macierzyństwo sprawuje odwieczne. Transzejami przeorał ją front, poharatał lejami korzenie, spływa ziemia sokami jak krwią, na nieziemskie wydana cierpienie. Wszystko zdoła wytrzymać i znieść, zabić ziemi nie sposób, nie sposób! Ziemia znów będzie śpiewać swą pieśń, żadna moc nie pozbawi jej głosu! Posłuchajcie - to śpiew, a nie krzyk, życie jęki bolesne zagłuszy, Ziemia to nasza dusza, a nikt nie potrafi zadeptać w nas duszy! Przełożył Michał B. Jagiełło POŻARY Przybywa krwawych łun, narasta zły, wesoły blask, pożary kraj spalają ogniem nienażartym i wysokim, lecz oto już na koń wskakuje Los, wskakuje Czas - i galop w step, pod kulę w łeb, i tętent echo niosło w step, aż cały świat dygotał. Kule zwęszyły żer, bezmyślne, żądne celu, pędziliśmy co tchu, ich cienki słysząc głos, podkowy zdarte z kopyt zostawały wśród kolein - na szczęście je podniesie ktoś, pobłogosławi los. Piana i krew plamiły końskie uzdy, lecz wciąż czerwienią barwił nas daleki poblask łun, a wicher dął, wygarniał zwoje z mózgów i ściskał je jak pęk oślizgłych strun. Ucieczka - pal ją sześć, strach przed pogonią - w czorty z nim, Czas pędzi strzemię w strzemię, i jak dotąd mamy szczęście, ze słońcem toczyć bój, o promień krzesać iskry z kling, Pegaza w bok ostrogą dźgnąć, zapada mrok, cwałuje koń, a kule coraz gęściej. Nie widział jeszcze świat podobnej galopady, spod kopyt pryskał żwir, i zapierało dech, a kule wciąż pragnęły krwi, i chciały trafić, zabić, zmądrzały, biły prosto w cel, słyszeliśmy ich śmiech. Śmiertelna gra o klęskę lub zwycięstwo, kto będzie szybszy, i kto kogo, kto popełni błąd? A wicher dął, odzierał kości z mięsa, szkieletom pęd przyjemnie chłodził skroń. Tam w dali czeka raj, gdzie nie ma ognia, kul i ran, i Czas jest wreszcie ze mną, wspiera mnie w szalonej jeździe choć ziemia obiecana to złudzenie - jedźmy tam: po stepie gnać, i szabla w garść, i z wrogiem stanąć twarz w twarz doganiam swoje szczęście! Udało się nam śmierć owinąć wokół palca, i łatwowierna śmierć odeszła z miną złą, i rój rozczarowanych kul ku innej ruszył walce, być może kurz uda się nam zmyć rosą, a nie krwią... Żyjemy, lecz nie wyszliśmy bez szwanku, i nagle groźna wichru pieśń w stłumiony przeszła szept, Czas przestrzelony, a Los ciężko ranny... Zabitych unosiły konie w step. Przełożył Michał B. Jagiełło A JEDEN Z TYCH CO MIELI JĄ Nie chciałem śpiewać ani pić i bez niej nie umiałem żyć; to była miłość, szczenięca miłość. A jeden ztych, co mieli ją powiedział: "pędź gówniarzu won!", aż mnie zmroziło. A jeden z tych, co mieli ją, ubliżał mi, wyzywał, klął; ja się w ten układ wpychać nie chciałem. Lecz kiedy miałem spadać już, ona rzuciła krótko: "tchórz", więc z nią zostałem. A jeden z tych, co niech go szlag, podskoczył do mnie krzycząć tak: "chodź na solówkę, nie masz wyboru!". Wychodzę, ma być sam na sam, honor to święta rzecz, a tam - ośmiu bandziorów. Obcy mi cykor, bliski gniew; nie mdlałem nigdy widząć krew; nóż mieć w kieszeni zawsze wypada. Trudno przewidzieć własny los, lecz możesz pierwszy zadać cios - to jest zasada. Gdy zazgrzytała stal o kość, myślałem będą mieli dość; mogłem się cofnąć, lecz mi odbiło. Źle, gdy się człowiek głupio rwie, paru od tyłu zaszło mnie - za późno było. Pan prokurator z ran mych drwi; zamknęły się więzienia drzwi; tam w lazarecie dogorywałem. Felczer na żywo rany szył i mówił: "będziesz brachu żył!" - a ja żyć chciałem. Odsiedzę, co odsiedzieć mam; ona nie przyjdzie - głowę dam; ja jej nie winię, wcale nie winię. Żyję pod konstelacją złą, lecz jeden z tych, co mieli ją - napewno zginie. Przełożył ? TATUAŻ My nie dzieliliśmy cię między siebie wcale, tylko kochali i z miłości szli na dno. Ja noszę w duszy mej twój jasny profil Walu, Alosza dał wytatuować sobie go. A tego dnia na dworcu, gdyśmy się żegnali, i gdy z rozpaczy serce biło mi jak młot; do grobu - rzekłem - nie zapomnę ciebie Walu; a ja tym bardziej - Alosza dodał wlot. I teraz powiedz, który z nas jest bardziej struty; miłością złą, której zabrakło dawno łez. On profil twój na swojej piersi ma wykłuty, a dusza moja skłuta nim od środka jest. Gdy wieczorami czuję w oczach ziarna piachu; i gdy Alosza na mnie warczy: " w garść się weź!"; ja odwarkuję mu: "koszulkę ściągaj brachu..." i godzinami gapię się na jego pierś. A co cierpiących ludzi może uratować? Jedynie sztuka, tylko sztuka - wierzcie w nią! Artysta kumpel znalazł się i przerysował tatuaż twój z piersi Aloszy na pierś mą. I choć oczerniać bliźnich głupio - fakt to znany. Jesteś mi bliższa teraz, droższa niźli mu, bo mój tatuaż znacznie bardziej jest udany; jego to kicz, a dzieło sztuku to ten tu... Przełożył Wojciech Młynarski PRZED WYJAZDEM ZAGRANICZNYM Przed wyjazdem zagranicznym formularze składasz liczne - tak powinno być i już. Ale zawsze z delegacją jedzie niepozorny facet - anioł stróż. Zaś na miesiąc przed wojażem wysłuchujesz instruktarzy - mowa trawa i bon ton. Jak należy się zachować, a co do kontaktów płciowych - Boże broń! Niepozorny, gdzieś w Paryżu jakoś tak się do mnie zbliżył - Nikodem jestem - mówi - czołem cześć! Miły, dobrze wychowany, syn rosjanin, dziad rosjanin - fajnie jest. Akuratny wprost nad podziw; obowiązki wszystkie godził - służył mi pomocą cały czas. Uśmiechając się służbowo, przyjaźń swoją deklarował - raz po raz. Kiedyś, nie wiem sam dlaczego, chciałem zwiedzić Rzym bez niego - pisał długo w noc i zmógł go sen. Lecz niestety, mój znajomy boksem się zajmował w domu - teraz wiem! Ze mną mieszkał, ze mną jadał; ciągle chodził moim śladem - jakby nie miał innych spraw. Aż dorwałem raz przypadkiem jego zeszyt i notatki - niech go szlag! Pisał bestia, że w Paryżu chciałem komuś naubliżać - żem merowi mordę skuł. Że ciągneło mnie do dziwek, że dostałem się pod wpływy - wrogich kół. Wniosek się nasuwa prosty: podejrzenie o szpiegostwo - po powrocie łomot w drzwi. Żegnaj Rzymie i Paryżu, pryczo, gdzie mnie pluswy liżą - witaj mi. Przełożył ? DIALOG PRZED TELEWIZOREM Oj, Wań! nie mogę, ale klauny; jeden drugiemu kopa dał. Na gębie szminką upaćkany, a gada tak, jakby się schlał. A ten wygląda - spójrz no Wań - jak szwagier - całkiem taki sam - pijacka morda, nos jak kran - no popatrz Wań. Ty Zin od szwagra to się odczep; jaki by nie był, ale brat. Sama się w lustrze przejżyj - dobrze, skubana miss na cały świat. Zamiast się cieszyć byle czym, do slepu byś skoczyła Zin. Wyłącz ten cyrk - cholera z nim, rusz tyłek Zin. Oj, Wań - liliput, ale fajny; w ścieralnym dżinsie - to jest szyk! Takiego dżinsa w naszej tkalni napewno by nie utkał nikt. A twoi koleżkowie Wań, to takie łajzy jak ty sam; brzozową chodzą chlać do bram, od rana Wań. Ty na kolegów mi nie gadaj! Lepiej swojego nosa patrz. Żaden rodziny nie okrada, a pije to, na co go stać. To twój znajomy - słyszysz Zin, ten, co na kurs chodziłaś z nim; chlał nawet hamulcowy płyn, pamiętasz Zin. Oj, Wań - papuszki - gadające! Obśmiałam się aż boli brzuch. Co ona takie ma błyszczące, wiadomo: zagraniczny ciuch. W końcu kwartału - słyszysz Wań, musisz mi kupić taki sam; co mówisz Wań? Cham jesteś Wań. No kup mi Wań! A forsa skąd? Może ukradnę? Dyrektor mi na premię wszedł. Było ci pisać na mnie skargę? Przecież pisałaś - może nie? A zresztą, pomyśl sama Zin; twe gabaryty w takim czymś; sześć metrów kupić musiałbym, daj spokój Zin. Oj Wań, nie mogę, akrobaci; na te ich sztuki patrzeć strach. Jeden zmianowy od nas z pracy, w klubie z kinkietu zwisał tak. A ty, z roboty wrócisz Wań; uwalisz się, jak jaki pan; i śpisz, i co ja z życia mam, nic nie mam Wań! Ty chyba chcesz się mi narazić; sama pchasz palec między drzwi. Od rana zapieprz na zakładzie - a pote w domu jeszcze ty! I ty się głupio dziwisz Zin, że idę wypić z byle kim. Jakbym miał z tobą siedzieć Zin - zwariowałbym! Przełożył ? SREBRNE STRUNY Mej gitary cichy płacz mury burzyć może, Wolność do mnie nie chce przyjść, nie chce też fortuna. Gardło poderżnijcie mi, w pierś ugodźcie nożem, Lecz oszczędźcie, proszę, moje srebrne struny. Ziemia mnie pokryje, zginę w mgnieniu oka, Nad mym młodym życiem nikt się nie zlituje. Duszę moją depczą, a ja proszę Boga, Aby oszczędzili moje srebrne struny. Wolność i gitarę mi odebrali wkrótce, Prześladował ich mój krzyk: „Łotry! Dranie! Zbóje! W czarne błoto wdepczcie mnie i do wody wrzućcie, Lecz oszczędźcie, błagam, moje srebrne struny!” Już nie ujrzę nigdy lazurowej dali, Widać za odwagę płacę dziś rachunek. Zmarnowali życie me, wolność odebrali, I zniszczyli również moje srebrne struny. Przełożyła Marlena Zimna PIEŚŃ O PRZYJACIELU Gdy w twym życiu się zjawił ktoś, Kto wygląda jak równy gość, Ale nie wiesz, czy szczery jest, Czy na pokaz ma gest. Weź go w góry na stromy stok, Nie odstępuj go tam na krok. Jedna lina niech łączy was - Dla was dwojga w sam raz. Gdy zobaczysz, że stchórzył, bo Od początku mu kiepsko szło, A gdy dłoń skaleczoną miał, Wniebogłosy się darł, Lepiej pogoń go precz raz-dwa, Nie na wiele się taki zda, Takich w góry nie warto wieść, I nie o nich ta pieśń. Jeśli druh twój przez całe dnie Ani razu nie skarżył się, A gdy spadłeś, to właśnie on Zaraz podał ci dłoń, Jeśli dzielnie przy tobie trwał, Jak do boju na szczyt się rwał, Wiedz, że odtąd przez cały czas Przyjaciela w nim masz. Przełożyła Marlena Zimna BALLADA O WALCE W zgiełku modlitw wieczornych, gdzie kłębił się dym Nie z wojennej pożogi, lecz z ognisk i świec, Żyły dzieci, co w bitwach pragnęły wieść prym I tajemnic z ksiąg starych nie zdradzać i strzec. Dzieciom zawsze się marzy Dorosłość i fart. Nasze bójki, urazy Przesłaniały nam świat. Potem mamy zszywały Płaszcz, co w bójkach się darł, A nas książek regały W nową zwały już dal. Chłonęliśmy lekturę łapczywie, bark w bark, W dołku kłuło nas słodko od magii tych zdań, I kręciło się w głowie od przygód i walk, Co na stronach pożółkłych opisał ktoś nam . Nie znał wojen nikt z nas, Ale wciąż nam się śnił Trębacz grzmiący: „Już czas!” Dzwonnik, co trwogę bił. Krok rycerzy, gdy szyk Ich wyruszał na szlak, Zgiełk natarcia i zgrzyt Kół armatnich i szpad. A w dymiących się kotłach dawnych wojen i burz Tyle strawy dla mózgów dziecięcych i dróg. Takie role, jak zdrajca, i Judasz, i tchórz W świecie zabaw niewinnych odtwarzać miał wróg. A co do nas, to nam Nakazano wziąć miecz, I honoru strzec dam, I miłować je też. Każdy z nas święcie wierzył, I zapewniał co rusz: Role dzielnych rycerzy Będą nasze. I już! Nie uciekniesz na dobre w świat marzeń i snów, Krótko trwają zabawy, więc nisko się skłoń, Gdy na polu bitewnym się znajdziesz, bez słów Z martwych dłoni rycerza do ręki chwyć broń. Jeszcze ciepły weź miecz I przekonaj się sam, Czy pokonasz nim śmierć, I czy chroni od ran. Czyś bohater, czy tchórz, I czy sprzyja ci los, Czy gdy dobył ktoś nóż, W gardle uwiązł ci głos... Gdy przyjaciel twój padnie, a ty, tłumiąc łzy, Tak z rozpaczy zapragniesz jak wilk ranny wyć, Kiedy uznasz, że byłoby lepiej, byś ty Leżał w boju zabity, by druh twój mógł żyć. Wnet zrozumiesz, że chcą, By przyłbicy ich strzec Kłamstwo, podłość i zło, Spustoszenie i śmierć. Kłamstwo, podłość i zło Wyszczerzyły swe kły, A za nimi już są Tylko groby i łzy. Jeśli miecz twego ojca torował ci szlak, Ten, coś wziął z jego ręki, gdy on w boju padł, Jeśli w boju zwycięstwa poznałeś już smak, To na dobre ci wyszła lektura sprzed lat. Gdy z talerza żeś jadł, A nie z noża. Gdyś stał Z boku, kiedy druh padł, Brat do boju się rwał. Gdy bezkarnie cię lżył, Łotr i zdrajca co sił, Próżny żywot twój był, Próżno żywot twój był. Przełożyła Marlena Zimna |
BIOGRAFIA
![]() Włodzimierz Wysocki urodził się 25 stycznia 1938 roku w Moskwie, zmarł 25 lipca 1980r. Po ukończeniu szkoły podjął naukę w Instytucie Inżynieryjno-Budowlanym, aby po pierwszym roku przenieść się do szkoły studia przy teatrze MCHAT. Ukończył studia w 1960 roku i jako aktor profesjonalny podjął pracę w Teatrze im.Puszkina, potem w Teatrze Miniatur, zaś od roku 1964 - w Teatrze na Tagance. Tam pracował aż do śmierci, stwarzając na scenie wiele wybitnych kreacji (najbardziej znane-Hamlet Łopachin w Wiśniowym sadzie, Don Juan). Wystąpił też w wielu filmach. Niesłychaną wręcz sławę zdobył jednak dzięki swoim pieśniom, śpiewanym przy akompaniamencie gitary. Pieśni tych napisał ponad siedemset. Zainspirowany twórczością Bułata Okudżawy, poszedł jednak inną drogą niż jego nauczyciel. Swoim chrapliwym, pozornie nie nadającym się do śpiewania głosem, tematyką pieśni, temperamentem, pasją wykonania rozsadził ramy tradycyjnego rosyjskiego nurtu pieśni autorskiej. Nie mieszcząc się w żadnej konwencji muzycznej, wywoływał entuzjazm słuchaczy, oburzenie krytyków, gniew decydentów - i "na wszelki wypadek" był starannie pomijany milczeniem przez radio, TV i wytwórnie płytowe. Jego piosenki rozchodziły się po kraju w formie amatorskich i przypadkowych nagrań magnetofonowych. Dopiero po śmierci barda - znanego już szeroko poza granicami ZSRR - ukazał się drukiem tomik jego poezji pt. "Nerw". FRAGMENT WSPOMNIEŃ DANIELA OLBRYCHSKIEGO (PRZYJACIELA WOŁODII) ![]() Poznałem go w roku 1969. Byłem wtedy po raz pierwszy na festiwalu filmowym w Moskwie. Już wówczas słyszałem o Wysockim, otarłem się o jego legendę. W Polsce znaliśmy kilka jego pio- senek. Niektóre z nich śpiewaliśmy z przyja- ciółmi, ot tak, za stołem, przy kieliszku, często nie wiedząc, kto jest ich autorem. Wysocki nie był jescze wtedy taki znany. Jego sława przyszła później, ale i wybuchła bardzo gwałtownie. Pieśni Wysockiego roz- chodziły się z prędkością huraganu. Kopia nagra- nej w sobotę w prywat- nym mieszkaniu taśmy, mocno zdarta i nieczytel- na po wielokrotnym przegrywaniu, już w poniedziałek docierała do Władywostoku! A jakimś jescze dziwniejszym sposobem wkrótce trafiała do niektórych Polaków. Jednym z nich byłem ja. (...) Nie często zdarzało mi się widzieć łzy w oczach mężczyzn. Na koncer- tach Wysockiego-zawsze I wszystkim nam prze- biegały ciarki po plecach! To było coś niezwykłego. Pieśni Wysockiego docie- rały do wszystkich zakątków ZSRR, właśnie dzięki tym niedoskona- łym nagraniom z prywa- tnych spotkań, koncer- tów, których dawał wiele w najdziwniejszych miej- scach: w samolotach, w tajdze, w obozie geologów. A jakżeż on śpiewał! Kiedy Wołodia brał gitarę do rąk, to raptem ten niewysoki mężczyzna, w życiu dość cichy i łagodny, przemie- niał się w mieszankę wybuchową. Napięta struna, cięciwa łuku, zapamiętanie aż do gra- nicy obłędu, śmierci. I ten głos... Wydawało się, że za chwilę pękną mu struny głosowe, a nam bębenki w uszach, że gitara zapłonie w jego dłoniach...Gdy dochodził do fortissimo, nikt nie mógł się oprzeć magicznej mocy jego interpretacji. Nikt, nawet ci, którzy rozumieli tylko po chińsku. W każdym razie ja nie spotkałem wykonawcy, który potra- fiłby tak obezwładnić swoją publiczność. Wysocki posługiwał się szalenie oszczędnymi środkami wyrazu, które mimo to, albo dzięki temu, robiły na widzach kolosalne wrażenie. Czuło się, że jest to nie- bywała ososbowość, w której geniusz poetycki w tajemniczy sposób stawał się dopełnieniem kunsztu interpretacyj- nego. Każdy koncert był dla niego ogromnym wysiłkiem fizycznym. Jego interpretacje są jak znaki wodne na papie- rach wartościowych, są nie do podrobienia, są jedyne w swoim rodzaju. Wysocki miał nieprawdo- podobną vis comika. Zdumiewało to w zesta- wieniu z jego poważnymi tragicznymi pieśniami. Komiczne piosenki Wołodia śpiewał zupełnie inaczej, zmieniał się: zadzierał trochę głowę, unosił brew, zaokrąglał oczy. Używając minimum środków wyrazu w mgnieniu oka robił się cholernie zabawny. Słyszałem go śpiewają- cego głownie dla Polaków Zdawał sobie sprawę z tego, że nie rozumiemy wszystkich słów i przed każdym utworem opo- wiadał, o czym będzie śpiewał. Tak też było, gdy zaprowadziłem do niego cały Teatr Narodowy podczas na- szych gościnnych wys- tępów w Moskwie. Poszliśmy na Małą Gru- zińską, gdzie Wołodia mieszkał. Przygotował dla nas wspaniałe przy- jęcie. Cały suto zasta- wiony stół: łosoś, kawior, grzybki, wódeczka... Był gościnny, jak tylko Rosjanie potrafią. Bardzo lubił przyjmować gości, kochał, kiedy ludzie spotykali się u niego, jedli, bawili się, czuli jak u siebie w domu. Wołodia był wtedy w swoim żywiole. I właśnie wów- czas najchętniej śpiewał. Wśród gości tamtego wieczora był jeszcze Nikita Michałkow, reżyser sąsiad Wołodii. Koncert na Małej Gruzińskiej odbył się oczywiście w salonie. I tym razem wielu słuchaczy włączyło magnetofony. Wysockiemu to nie prze- szkadzało. Wprost przeciwnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzięki temu powstają nagrania, które potem krążą po całym kraju. Nie myśmy wymyślili "drugi obieg". Ten rosyjski, zwłaszcza jeśli chodzi o piosenki Wysockiego, był bardzo specyficzny, bo nagrania docierały do czekistów i złodziei, partyjnych czy- nowników i dysydentów, studentów, chłopów, profesorów, żołnierzy. Do wszystkich, przysięgam! (...) Zostały mi po Wołodii głównie wspomnienia i tego nikt mi nie odbierze... |

